*

Mój zielony wenflon

Wstęp

Nigdy nie rozumiałem tej nagłej fascynacji ludzi mikroblogami. Ok, czasem też ich używam, ale wielu z tych, których znam stało się dosłownie ich zakładnikami, niewolnikami. Nie rozumiem tej skrótowości życia, emocji wyrwanych dla postronnych kompletnie z kontekstu (A jednak ostatnimi czasy coraz bardziej przychylam się do tego, iż emocje, ale pełne, ważniejsze są niż intelekt. No, przynajmniej dla mnie). Bo życie jest/jesz szybkie? Nie mam czasu na szukanie tanich usprawiedliwień. Skoro niewolnikom cywilizacji to odpowiada - ich rzecz. Dla mnie to za mało, czytając wpisy czuję się niezaspokojony. To nigdy nie zastąpi dobrej, dogłębnej historii. Mistrz jednej riposty czy założyciel niesamowitej grupy nigdy nie stanie się dla mnie "Bogiem", nawet tym sezonowym.

Mam więc świeżą historię, której poświęcę więcej niż "Witold Stech says: wróciłem ze szpitala". Będzie dobra? To w tej chwili dla mnie drugorzędne. Jest czymś nowym, nową stroną lustra, nowym przeżywaniem świata. Jest też dobra, bo pozbyłem się niepewności. Jest... jakby to ująć, prawdziwa o tyle, o ile (zupełnie jak w czołówkach amerykańskich filmów hehe). Na ile? Pewnie na tyle, ile w przeciągu 3 ostatnich, wycieńczających dni pozwolił mi mój mózg. Coś zapamiętał, to na pewno. To nie zabawa dla leniwych, pragnących ryby. Resztę zapraszam...

Dzień 1

Ni stąd ni zowąd pojawił się przeraźliwy ból w tyłku. Milion myśli. Mój niezdrowy, siedzący tryb życia. A może to felerne krzesło, niby takie spoko, meblowe sieci pewnie nazywają je "prezydenckie", czy coś w tym stylu. No ale jednak złamane, ileż można w pokoju obserwować wirtualny świat z pozycji leżakującej. A może hemoroidy. To najpewniejszy traf, przynajmniej co do skutków, a nie przyczyn. Zdjęcia z sieci mnie odrzuciły, to nie wyglądało tak źle, przynajmniej na zewnątrz. Wyrocznia zwana Google powiedziała z kolei, że to wstydliwa choroba. Pieprzyć to. Jak dla kogo. Choroba jak choroba i czego tu się wstydzić? Człowieczeństwa? To co sie pojawiło było całkiem spore, wielkości orzecha włoskiego. Przeszkadzało, bolało. Dopóki nie wyszedłem z domu - nie wiedziałem jak bardzo. Bo podczas chodzenia przypominało taszczenie worka z wodą/krwią/jakimkolwiek płynem, który zahaczał o nogi. Jednak był wypełniony ropą, jak się później okazało.

Serwis aukcyjny pokazał maści rozmaite. Dobrze, że ich nie kupiłem. Stówa poleciała by w błoto. Więcej niech powie lekarz pierwszego kontaktu. Do tego wybrałem się nazajutrz, po ciężkiej nocy, pełnej przewracania się z boku na bok i towarzyszącej "zjawisku" gorączki.

Dzień 2

Lekarz był zapewne nie w humorze. Jakiś taki przygaszony, myślał o niebieskich migdałach. Na biurku jakiś napój w kubku. Ociekał po zewnętrznych ściankach. Pyta o co chodzi? Mówię: - Awaria w okolicy odbytu. Może hemoroidy... - Aaaaa... Tak, zapewne tak - odpowiedział zbywająco. Nawet mnie nie oglądnął, wypisał na żółtawej kartce skierowanie. Do chirurga. Pomyślałem: - Uuuu.... Poważna sprawa. Chirurg? Więc po co te wszystkie maści? Whateva, raz się żyje. I czasem (nie zawsze, jak niektórzy myślą) musi być ten pierwszy raz. U chirurga jeszcze nie byłem. Lekkie podniecenie igrało w tym momencie z ciekawością i lekkim strachem, przechodzącym jednak w nadzieję - będzie dobrze.

- Może Pan jeszcze zdąży się dziś zarejestrować, niech Pan biegnie - odburknął na odchodne. - Biegnie? - pomyślałem. No z tym byłby problem. Ale daleko nie było. Ten szpital, który polecił już znałem. Byłem zdziwiony już za pierwszym razem. Troskliwa, uprzejma obsługa, personel medyczny również. Są ku temu być może powody, może ich nie ma. Zresztą, to w sumie drugorzędne z mojej perspektywy. Gdyby leczyli dobrze, pozostając chamami, też bym się nie obraził.

Do rejestracji jednak nie zdążyłem. Było już po 14:00. Błądziłem trochę po budynkach kompleksu, podwórzu, korytarzach. No, nie zdążyłem. Zresztą, z wiedzą później nabytą załatwiłbym to pewnie w inny sposób. Od razu do Izby Przyjęć. Podróż tam, tu i do domu była wyczerpująca. Ponownie rejestrować miałem się nazajutrz z rana. Drogę starałem sobie umilić myślami o pewnej ambasadorce z pewnego portalu. Bardzo miło się konwersowało wcześniej, dzięki niej może i polubiłbym wódkę. - E, z tym to pewnie ciężko. Nie ten smak, nie ten łeb - pomyślałem, śmiejąc się.

Dzień 3

Rejestracja nr 1

Pobudka wyglądała jak zwykle. Nie miałem bladego pojęcia jak się ten dzień potoczy. W rejestracji nr 1 bardzo nerwowa Pani. Kończyła już chyba pracę i ewidentnie chciała by tych kliku "po drugiej stronie szyby" już się rozpłynęło. Ale to nie ten budynek, więc skierowała mnie gdzie indziej. Pobłądziłem. Pana przy bramce wjazdowej spytałem gdzie jest to coś, dokąd zmierzam. Wcześniej nastraszył mnie jego olbrzymi pies, włochaty jak diabli (o ile diabli są włochaci). Podbiegł szybko, nie zdążyłem odstąpić. Nadepnąłem, więc zaskomlał. Pan go ochrzanił, co mnie zdziwiło. Wielu widziałem już takich, którzy krzyknęli by raczej: "Co Pan?!? Psa kopać?!?". Wskazał miejsce, podziękowałem. Miły, starszy, opanowany. Niektórym pewnie by przeszkadzała ta posada, mieliby kompleksy. Może się realizował.

Lubię zachowywać spokój ducha w trudnych sytuacjach. Nawet wtedy pozwalać sobie na humor. Gdzieś już to widziałem, ale nie pamiętam gdzie. W każdym razie w mojej wersji, w mojej głowie wyglądało to tak... Lekarz mówi mi: niestety diagnoza jest nieciekawa, umrze Pan! Ale mogę Pana pocieszyć - to nowo odkryta choroba, więc zostanie nazwana Pana nazwiskiem! Rozumie Pan? Sława jak się patrzy! Jednak wciąż wolałem by to były hemoroidy.

W drugiej rejestracji dwie Panie: jedna w kitlu, starsza i przy kości, a druga - młoda, pewnie stażystka. Całkiem ładna. Zobaczyły skierowanie i pytały jedna przez drugą: - Kto dziś jest na chirurgii? Kiwając znacząco, jakby ostrzegawczo. Starsza opatrując kopertę spytała tylko, czy mam coś wspólnego z resortem. Odpowiedziałem, że nie, żałując w żartach później, że jednak mam. Przecież dostaję ich newsletter niemal codziennie.

Witaj w kolejkowie

Pobiegłem po schodach do góry, by zobaczyć to, co zwykle widzi się w takich miejscach, czyli kolejki, nerwowość niektórych sięgającą zenitu, zrezygnowanie innych rysujące się na obolałych licach. Kilka młodszych osób, reszta w sile wieku. Usiadłem na brzegu. Dochodzący co chwilę pytali: - Kto jest ostatni? Po raz kolejny ktoś z tłumu odpowiedział: - Nikt. Wyczytują. Faktycznie, cichym głosem zza drzwi wystrzeliwano kolejne nazwiska. Pokój obok - Ci do opatrunku. Ta sama kolejka, więc znów ktoś poczuł się oszukany i wyrzucony z swojego miejsca. Ktoś inny czytał książkę, czasu nie licząc. Opasłe tomisko. Zmierzało do buntu, więc Pani od opatrunków podkradła tej od oględzin karty. Wyczytała kolejność, która i tak się zmieniła. Może nie tak je odłożono. Przez chwilę również poczułem się zrobiony w balon, wyczytano mnie trzeciego, pięć osób zdążyło już wejść. Plus policjant, służbowi bez kolejki. Zadowolony, młody. Pewnie nic poważnego.

Karty donosił z kolei człowiek z jakimś rodzajem niedowładu psychicznego. Nie wiem dokładnie jakim. Latał po piętrach w te i we wte, czekając na odpowiedni moment, by wtargnąć do sali. Ale czy istnieje taki odpowiedni? Tego przez ścianę nie widać. Chociaż... nie ma co mierzyć intymności jedną miarą. Wpadał zziajany na piętro, dla urozmaicenia albo osłabienia monotonii przynosił karty raz w ręku, raz w kieszeni białego kitla. Ten trochę zmylił dwie młode, wyglądające zdrowo dziewczyny, pewnie gimnazjalistki. Szukały EKG. Nie spodziewały się, że na pytanie "gdzie to jest" "Pan doktor" odpowie z trudem. Ale niedowład aparatu mowy wyczuły.

Pojawiło się dwóch innych policjantów. Przypakowani, jeden łysy, drugi wąsaty. Biegali po korytarzach szukając właściwego. Nie wiem czy znaleźli. Jeden z nich na piętrze odebrał telefon. Sygnał dzwonka brzmiał jak strażacka syrena. Ciekawe. W odróżnieniu od pierwszego patrzeli na mnie lekko spode łba. Może to te szerokie spodnie. W sumie nieważne. Za ścianą po drugiej stronie schodów trwał z kolei remont. Co jakiś czas robotnicy zagłuszali myśli zgromadzonych, w pewnej chwili w konsternację wprawiło tych drugich wołanie pierwszych - Panie doktorze!!! Żartowali.

Pierwsze macanie

Był też problem z toaletą naprzeciw sali. Nie miała zamka, a jedno blade światło zapalało się naciskając 2 przyciski w sumie trzy razy. Nie było takiego, który za pierwszym razem odkryłby tę misterną kombinację. W pewnym momencie z przybytku postanowił skorzystać jeden z lekarzy. Starszy, z przyprószonymi włosami. Rozmyślił się odkrywając, iż jednak zajęte. Nie skorzystał z znajdującej się tuż obok toalety dla personelu. Pobiegł piętro niżej. Innym razem z kolei do toalety wbiegł mężczyzna z skórzano-metalowym (obicia i krawędzie) neseserem. Lekko spocony, łysiejący. Wybiegł tuż po chwili i pomimo tego, iż neseser wziął ze sobą słychać było gromkie: - Pewnie bomba.

Po dwóch funkcjonariuszach i kilku godzinach czekania przyszedł czas na mnie. Lekarka pod 40, z głosu starsza. Siedziała za biurkiem i wypełniała jakieś formularze. Kazała się rozebrać i jak zawsze w tych momentach miałem problem z tym jak mam się ułożyć do oględzin. Tego to mi chyba nigdy jeszcze nie powiedzieli. Jednak na boku. Wymacała, zabolało. Zawołała starszego lekarza, który był w pobliżu. Ucisnął jeszcze mocniej i wystawił szybką diagnozę. To ropień okołoodbytniczy. - Na izbę przyjęć z nim - niemalże rozkazująco. Pani z starzejącą się twarzą, od której uwagę miał odwracać uwagę mocny makijaż i czarne siatkowane pończochy wypisała skierowanie. Pobiegłem myśląc, że przynajmniej tam to zawsze zdążę.

Biali i czerwoni

Podróż z krainy białych kitli do krainy czerwonych uniformów ratowników medycznych rozpoczęta. Z powrotem na podwórze, gdzie "zacumował" zdezelowany wojskowy helikopter, pozbawiony śmigieł. Stał wśród drzew, taki jakiś element dekoracyjny. Powrót do głównego budynku i kieruję się do Izby. W dyżurce kolejne zdziwienie. Po krótkich oględzinach jedna z ratowniczek stwierdza, że owszem - problem mam spory, ale brakuje pieczątki "pilne". - Biegnij Pan na górę do ordynatora. On Panu da - oznajmia. W pomieszczeniu go nie zastałem, znikąd obok pojawił się jednak wcześniejszy lekarz z oględzin. Przybił pieczątkę na kartce, kładąc ją na ścianie. Podpis też zostawił. Zakręcony typ, mruczący pod nosem kwestie, które w całości ciężko było zrozumieć. Trochę taki jakby zmęczony przez życie, albo inaczej - specyficzny.

Dotarłem. Czas na pierwsze oględziny ratowników. Spisywanie danych, już tradycyjnie któryś tam raz. Pierwsza góra papierów do podpisania, humor wciąż dobry. - Tu może się Pan zgodzić na bycie dawcą organów w razie śmierci - mówi jedna z ratowniczek, pokazują kartkę. - Ok, nie wiem czy się nadają, ale bierzcie co chcecie - odpowiadam z uśmiechem. Parę innych w podobnym tonie: zgoda na znieczulenie, kogo poinformować w razie śmierci, zgoda na zabieg, kto może mieć wgląd w kartotekę. Powiało grozą, ale nie ma co panikować. Jeszcze żyję. W salce obok niezwykle miła i sympatyczna ratowniczka przybija mi do klaty dziwne plastry. Tak, tak to pewnie EKG. Delikatna i uprzejma, żartujemy sobie. Pyta, na jaki oddział się wybieram. - A nie wiem - odpowiadam, nie do końca rozumiejąc pytanie, a może raczej swą destynację. - Może np. na oddział nerwic - żartuje dziewczyna. Dziwnym trafem i tak się tam znalazłem, jako, że na chirurgii miejsca brakło. Ale do tego wrócimy. Postanawiam w myślach, że po wszystkim zaproszę dziewczę na kawę. Na razie najmilsza osoba z napotkanych. Niestety, w dniu wyjścia jej nie zauważyłem. Ale jeszcze kontrola przede mną :)

Piżama XXL

Od razu na dole pojawił się pewien problem. Na imię mu piżama. - Możemy nie mieć pańskiego rozmiaru - zażartowała ratowniczka. Dzwonię do siostry. Będzie dopiero za godzinę. Jedziemy więc na górę. - Zobaczymy, może tak Pana przyjmą i potem coś znajdą - mówi ratowniczka. Oddziałowa patrzy trochę krzywo, jest piżamowe zamieszanie. - Szykuje się więc dłuższy pobyt - dociera do mnie. Trochę opadam z sił, ale też jestem żądny tego pierwszego razu, jakoś podświadomie. Wiedząc, że stali bywalcy i przewlekle chorzy wyklęli by mnie w tym momencie.

Siostra na uczelni, matka w pracy, więc walczę sam. Długie, jasne i zachęcające swym schludnym wyglądem korytarze odsłaniają pierwsze tajemnice. Siedzę przy wejściu na oddział, na plastikowych, stadionowych w kształcie krzesełkach. Drzwi otwiera kod, za pierwszym razem go nie zapamiętałem. Ktoś wystukał, ale nie zdążyłem tego zdjąć percepcją. Szybko się uczę, warto. Przydało się ileś tam razy. Bo oprócz powiewu nowości, jak to w życiu - pewne rzeczy są powtarzalne. Dzień później zaczną się spacerki, kroplówka podana ileś tam razy, ileś tam sms-ów i telefonów zanim bateria padnie mi kompletnie. Bo i sytuacja nagła, więc na razie bez ładowarki, przyborów pierwszej potrzeby, trzeciej ręki, tak potrzebnej w miejscach, jak te.

Rutynowo

Oczekiwanie przy tych drzwiach ma też minusy, albo i plusy, zależy jak patrzeć. Dla mnie minusy, bo siadanie i wstawanie powoduje ból. A jednak trzeba pomóc starszym osobom, dla których elektronika przy drzwiach to czarna magia. Trzeba przytrzymać drzwi pielęgniarce pchającej wózek. Jeden ze starszych pacjentów wystawia nogę, mówiąc swej opiekunce, że to zderzak, ale drzwi swym ciężarem odpychają go z powrotem. Wiec i tu trzeba przybyć z odsieczą. Obok mnie na jednym z trzech krzesełek w tej sekcji siedzi ktoś inny. Wyczuwamy bez słowa sytuację, więc otwieramy na zmianę. O tej godzinie, a jest gdzieś po 13, przewalają się tamtędy tłumy.

Na oddziale pracuje cała rzesza ludzi. Rzecz jasna - lekarze i pielęgniarki, ale także stażystki, jeszcze nie "zmiękczone" przez robotę, Pani od sprzątania, Pani od objazdowej kuchni (zupa tego dnia pachniała naprawdę dobrze). Szybko zapamiętuje się te osoby, pojawiają się przed oczami bardzo często, zmieniając pozycje. Ktoś gdzieś leci, ktoś o coś pyta, daje komuś papiery, żartuje, konsultuje. Taki medyczny ferwor. Obserwuję, próbując wyważyć swe nastawienie. Myślę, że jednak delikatny humor będzie najwłaściwszy. Dlaczego? Jest tak wielu niemalże zniszczonych przez życie pacjentów, zgorzkniałych. Próbuję zrozumieć lekarza, który mógłby się na takiego pacjenta wydrzeć. Wmawiam sobie, że dostaję to co daję. Jak się okazało - słusznie. Walczę z słabością, z oczekiwaniem. Przypominam sobie, że słowo pacjent pochodzi z łaciny. Myślę o tej cierpliwości.

Ona i on

Kolejny raz wypisuję jakieś papiery. Parę osób pyta o przebyte choroby, przeciwwskazania. Największy kontakt mam teraz z nią i z nim. Ona pracuje w zabiegówce, on organizuje moją operację i krząta się energicznie. Bardzo wyważony, spokojny i opanowany lekarz. Trochę mistyczny. Przypomniał mi z wyglądu i zachowania Jacoba z Losta, nosi jakiś trybalny wisior na szyi. Ona - okularnica po 40 zapewne, wesoła, dobroduszna. O takim, jakby to ująć, ciotkującym sposobie opieki. Druga matka. W jej sali młoda dziewczyna pobiera mi krew. Uważna, napełnia kilka ampułek. - Żeby mi Pani trochę zostawiła, może się jeszcze przyda - informuję. Śmieje się. Lekarz dzwoni, organizuje ludzi, mówi, że wszystko ma być gotowe przed 15. Zaangażowany w sprawę, później pewnie ważne figury znikną... aż do jutra. I miałbym dylemat, a pobyt i wypis mógłby się przedłużyć z powodu weekendu.

W salce zabiegowej ona i pierwszy poważny tego dnia test. Całkowita depilacja. Musi być na glanc, sterylnie, jak u niemowlaka. W toalecie obok dopełniam całości. Dostaję ręcznik z szpitalną wszywką. Jako, że wzrost mam spory, był problem z ułożeniem się na łóżku. Zabiegowa ostrzega, żebym nie spadł, bo mogę np. potłuc okulary - Panie, to nawet mnie na to nie stać - mówi spokojnie, bez żalu, z wyraźną życzliwością. Pozycja kucająca z wypiętym ku górze tyłem. Głowa opuszczona na tej takiej typowej, szpitalnej... hmmm... no, czymś przypominającym ligninę. - Ale pośladki to Pan musi bardziej rozluźnić - mówi. Cóż, pierwsze koty za płoty. - Za pół godziny Pana robimy - oznajmia Pan B, zwany Jacobem.

W drodze

Mam się szybko przebrać, bo wszystko gotowe. Piżamy nie ma, dostaję kitel z dziwnymi kieszeniami ni to z boku, ni z tyłu. I bez paska. Wychodzę w skarpetach i slipach pod, ale dostaję nakaz by i to zdjąć. Ledwo co dopinające się odzienie ściskam tak, by mimo wszystko, paradując centralnym korytarzem nie gorszyć pacjentów. Dwie salowe podstawiają łoże na kółkach. Mówię, że mogę spokojnie dojść, ale nalegają. Procedury.

No to leżę, podczas jazdy podziwiając widoki, bacznie rozglądając się na boki. To zostaje, robię tak mimochodem podczas każdego późniejszego spaceru. Nie tego samego dnia, rzecz jasna. Otwarte sale to jakby zaproszenie do czyjegoś życia, intymności, chorób, ale i nadziei. Mijamy je i wjeżdżamy w inną strefę. Jeszcze bardziej sterylną i elegancką. Witamy na bloku operacyjnym. Po drodze parę trudnych zakrętów, gdzie ciężko manewrować. Pytam czy mam wstać i pomóc, a odpowiada mi uśmiech.

- Fajnie tu macie - mówię, wjeżdżając do sali. - Tak filmowo - rzekłem. Istotnie wita mnie komnata dr Housa czy innego uzdrowiciela. A może grabarza? O to pytałem jedną z sióstr po drodze, pchała łóżko. - A więc to tu się umiera? - ryzykując. Odpowiedź była rzeczowa: - jak długo tu pracuję, jeszcze mi się to nie zdarzyło. Wraca spokój.

Kolorowy blok

Dużo dziwnych urządzeń, przyrządów. Pierwsze ostrzeżenie: - Nie będzie Pan mógł podnosić głowy po zastrzyku. Bolałoby. Parę razy podniosłem. Nie bolało. A usłyszałem to dziesięć razy. Podnosi się mimowolnie. Gdy ktoś zagaduje, doradza. Gdy nie chce się wyjść na ignoranta czy gbura. Za łóżkiem, na wprost mnie staje ładna dziewczyna. Chyba już 3, która wpadła mi w oko. Jest zaczepna, mówi, że moje oczy wyglądają jakbym coś dzisiaj pił. Mówię, że nie, pytając czy czegoś nie mają, bo przecież "powinni mieć". Chociażby morfinkę. Kolejna sekwencja żarcików zaczyna się nie wiem gdzie, po czym pada pytanie obu Pań czy to miejsce jest takie fajne czy one. Mówię, że i to i to i że nie ma co wybrzydzać. Śmieją się, patrząc sobie w twarze i mówiąc, że można było trafić gorzej. Odpowiedź na moje wewnętrzne pytanie znają tylko one. Zresztą, niewiele by mi to dało. Brak autopsji. Żarty z podtekstami głębszej miary w tle? Też się pojawiają, jednak nie myśli się o tym w takich chwilach. Powierzam komuś swoje zdrowie, może życie. Liczę na profesjonalność tak samo jak liczę na łaskę i szczęście. Bo przypomina się Rahim - na nieszczęście pracujemy sekundę. Dziennikarskie błędy zazwyczaj kosztują mniej.

Czas na anestezjologa, chwilowo tracę ochotę na dowcipne dyskusje. Teraz pragnę wyciszenia i skupienia. Siadam na brzegu stołu operacyjnego, przesiadając się z łóżka, które znajduje się jakby pół piętra niżej. Zrzucam biały habit, ukazując się jak mnie Pan Bóg stworzył. Zaczepna z wcześniejszej rozmowy przygląda się tatuażom. O nich też wspominałem w którymś z kwestionariuszy. W pokoju pojawia się całkiem sporo osób i to same kobiety. Nie liczyłem dokładnie, ale koło ośmiu. Kładę się na boku, bo wyraźnie widać, że siedzenie przysparza mi problemów. Dostaję swój zielony wneflon, mierzą mi też ciśnienie. Choć jestem rozdygotany, jest ok. Lepsze niż wtedy, gdy trafiłem na tutejszą Izbę Przyjęć za pierwszym razem, gdy było naprawdę ok. Wtedy wiózł mnie ambulans, a moja słabość wyrwała domowników ze snu coś koło 5 rano. Myślę o różnych rzeczach, np. o tym czy tak samo wytrwale byłbym w stanie walczyć z rakiem. Nie wiem.

Cały Wasz

Zastrzyk dostaję w kręgosłup. Ukłucie boli, mam się nie ruszać. Boli jednak tylko krótką chwilę, ale myśl o paraliżu skutecznie mnie powstrzymuje przed tikami, które zwykle miewam, gdy coś takiego ma się stać. Mam być unieruchomiony od pasa w dół, na jakieś 6 godzin. W praktyce oznaczało to od pępka w dół. Pojawia się stopniowe mrowienie, nogi stają się ciężkie. Ale polce nadal czuję i wesoło nimi podryguję. Wykorzystując ostatnie chwile mej pełnej sprawności szykują się do ułożenia mojego ciała. - Może się Pan bardziej zsunąć? - pada pytanie. - Jeszcze bardziej. Jeszcze, jeszcze. To chyba trochę za dużo. Później i tak zostanę podciągnięty na podkładce, już o niedowładzie. W międzyczasie zaczyna działać kroplówka. Jest błogo, to może jeden z tych wynalazków, którego dodatkową cechą jest usuwanie "mentalnie niefajnego". Zamykam oczy i niech się dzieje co chce, ale trochę się boję faktu, że wciąż macham palcami. - A jeśli poczuję? - myślę. A na wierzchu wszystkie skarby na widoku chmary osób. Zaczepna, którą dostrzegłem kątem oka, podnosi moją prawą nogę i kładzie z boku na wysokiej podpórce. Ktoś inny drugą. Pozycja ginekologiczna, słyszałem też fachową nazwę, ale emocje wzięły górę nad pamięcią. Ta jest krótkotrwała, jest tu i teraz, liczy się to, co jest istotne. Przypominam sobie słynne "żyj tak, aby nie bać się umrzeć" Jacka i "Jeśli umrzesz zanim umrzesz, to nie umrzesz jak umrzesz", wypowiedziane przez "kogoś", wpojone mi przez matkę.

Jestem cały Ich. Fotel elektrycznie osuwa się w dół, sprawiając, że mój zad jeszcze bardziej przesuwa się ku górze. Wołają lekarza - Pana B, którego wcześniej nazwałem Jacobem. On będzie ciął. Kobiety dyskutują, jedna mówi do drugiej "wiesz o czym teraz myślę". Ja się tylko domyślam, ale pewności nie mam. Jest mi zbyt dobrze, by otworzyć ślepia i to sobie unaocznić. Głosy milkną, nogi niemal zdrętwiały. Zaczyna się cięcie, czuję tylko nacisk. Wiem, że coś tam się porusza, jakby mnie lekko szturchało. Starszy lekarz instruuje Jacoba. - Tu tnij promieniście od odbytu - mówi. Może to też jego pierwszy raz, może jestem jego misją. - Na pewno nie chce mnie zepsuć, da radę - myślę. Trwało to może z 5 minut, po czym przerzucono mnie na łóżko w dole. - On waży ze 100 kilo, damy radę? - pytają Panie. - A co mamy nie dać - mówi Jacob. A do mnie: "Panie, halooo! Jesteś Pan tam? Pobudka!" Szybko gdzieś odchodzi, część z lekarek i pielęgniarek również. Jedna, której głowę ledwo widziałem (bo pchała na salę łóżko znajdując się za mną, naprzeciw zaczepnej) przypomina mi o "dziękuję". - Kurwa, jak mogłem o tym zapomnieć - myślę. Wyszła słoma pewnie. Nawet nie zauważyłem kiedy tyłek uszczelniono mi zbitką gazy i chyba plastrów. Do czasu aż nie znalazłem się na oddziale w moim pokoju.

Korytarze powrotne

Zanim tam jednak dotarłem usłyszałem kolejny raz "nie podnoś Pan głowy, bo zaboli". Obserwowałem więc sufit, próbując sobie przypomnieć te wszystkie filmy, w których był w ten sposób pokazywany. Zgadzała się nawet faktura - płytki naprzemiennie świecące i nie. Kwadratowe, te wygasłe upstrzone mikrokropkami. Tuż po wyjeździe z sali dostrzegam z boku matkę i siostrę. Dojechały. Siostra się uśmiecha szeroko, jak to ona. Trochę zaniepokoiła je informacja, że jestem unieruchomiony. Był problem z pomieszczeniem mnie, trwało to chwilę, choć leżąc tak niewiele o tym wiedziałem. Wjechałem do jakiejś sali, najbliższe za mną. Po głosach wyczułem, że towarzystwo starszawe i mówiąc oględnie - niekoniecznie na poziomie. Ludzi dzielić nie lubię, ale nie każdy wszędzie pasuje. Wtedy się wycofuję, nie ranię. One myślały podobnie i jakoś próbowały utemperować zapędy współtowarzyszy do przemieszczenia mego, w tym momencie, z powodu unieruchomienia - madejowego łoża.

A chcieli mnie wstawić pomiędzy, bym i ja miał dostęp do podpiętego pod sufitem i wystającego na wysięgniku małego telewizora. Na monety. Siostra chyba myślała, że chcą żebym się dorzucił. 8 godzin oglądania to 5 złotych. Wciśnięto mnie pod ścianę przy oknie, prostopadle do kompanów. Trzech. Ja na zachętę do większego ścisku i słowa "skoro nie chce żeby mu było dobrze" odpowiedziałem tylko "Panie, ale mi jest dobrze. W życiu tak dobrej kroplówki nie miałem". Podekscytowana rodzina pyta o pierwsze szczegóły, trwa superszybka organizacja nowego, tymczasowego domu.

Śmieją się, gdy mówię o stylu na ginekologa. Mówię o ciuchach, które zostały pod kluczem w sali zabiegowej i o portfelu - niech jednak wezmą, zostawiając dowód, zdychający telefon i rzeczy, które przyniosły. Pełna torba, ale mówię, że z żarcia to raczej nie skorzystam. Sparaliżowanemu raczej ciężko się wypróżnić wtedy gdy ma na to ochotę. Za radą jednej z salowych dokupują wodę z dziubkiem w sklepiku na dole. Przyniosły chyba z 10 koszulek, tylko popukałem się w czoło. Ale klasyczne Kuboty są, to jeszcze zdążyłem ująć w wcześniejszym SMS-ie. Padają troskliwe pytania. Kiedy wychodzę, czy będzie ok. Czego jeszcze mi trzeba. Rozumiem je, choć myślę już tylko o tym, żeby wypocząć. I że nie będzie lekko z tymi obok. Chciałbym się częściej mylić, co do ludzi. Po wizytacji i pierwszym przekazie co do koniecznych zakupów (gaza, antybiotyki, leki) mama i siostra wychodzą. Jest coś koło 16 zapewne. Leżę przykryty wymiętolonym kitlem, z odkrytą klatą ponabijaną plastrami do EKG. Z tyłu plaster na kręgosłupie w miejscu zastrzyku, na lewym nadgarstku wenflon. Piżamy nie ma. - Nie nadawała się - powiedziały wizytatorki. W sumie nigdy tego nie używałem.

Czterech do...

Od tego czasu czas odmierza mi pokojowy telewizor, a raczej jego dźwięk. Wiadomości, filmy. Stałe godziny. Telefon wyłączam by ostatnią kreskę zostawić na najważniejsze wiadomości. Przyjdź po mnie o tej i o tej, albo będę wtedy, a wtedy. Chcę wypocząć, nie angażować się zbytnio, ale sąsiedzi gadają. Strasznie to słabe, najtańsze żarty o Żydach, gadki o tym, że nie powinno się przeklinać, o wierze i księżach-pedofilach. Irytuje mnie to. Jacob mnie odwiedza i mówi, że wypis dziś lub jutro. Pyta jak się czuje, podobnie jak salowe. Zmiana kroplówki, leżę wciąż na plecach, co zaczyna doskwierać po kilku godzinach. Paraliż ma ustępować stopniowo. Dotykając nóg i reszty czuje się jakby były z gumy, albo ciasta. Jutro jeden z pacjentów z mojej sali powie: - I wie Pan. Jakby to nie było moje ciało, tak małego to jeszcze nigdy nie miałem.

Ruszam się nerwowo, przewracam kołdrą, bezskutecznie zapewne. Zastanawiam się czy drażni to tych obok, czy nie. Wydają się nie zwracać uwagi. Tutaj przymyka się oko na błahostki. Nie ma lansu, plamy na spodniach w czułym miejscu, tłustych włosów. Są historie. Choroby głównie, ale nie tylko. W głowie nazwałem ich sobie chamsko, mniejsza o ksywki. Jeden "zarządza" stadkiem, ma dyktat, choć inteligencją nie grzeszy i przeklina co drugie słowo, ma głos jak Kudłaty z Kilera. Strasznie na nie, może mu się nie dziwię. Dializy, amputowana jedna noga, a teraz jeszcze coś z ręką. Chodzi bez koszuli, opalony, ale pełno ciemnych krost na rękach i plecach. Ma łóżko z metalowym stelażem, z podciągarkami obitymi gumą. Podobnymi do tych uchwytów w naszych autobusach. Podobne łóżko ma ten przy drzwiach, najdalej mnie. Pracował dużo na budowach, mówi im o firmach, wymienia nazwy. Dużo jest o miejscowościach, gdzie jaka droga, gdzie kto jechał. Cukrzyk robi na taksówce w korporacji, więc rozumie. Oba te łóżka bardzo chciałem mieć na zdjęciu, ale nie miałem czym go zrobić. Nazajutrz drugie będzie już puste, Pana spod drzwi wypiszą, a salowa zdezynfekuje pospiesznie, acz dokładnie całość. Stelaż też.

Trzeci mówi z dziwną manierą, trochę przypominając księdza z ambony. Jest inteligentniejszy niż dwóch pozostałych, ale nie potrafi im tego udowodnić. Daje się wodzić bezkompromisowości cukrzyka za nos, przytakuje mu, wtrącając co jakiś czas "kochany". Delikatnie tylko wtrąca, że nie lubi przeklinać, bo to nie ma sensu. Mówi o wierze, że jest najważniejsza, ale nie potrafi odtrącić argumentów cukrzyka o tym, że Bóg jest okrutny bo pewnie ma ludzi gdzieś. Budowlaniec mówi o szpitalu w Zagłębiu, że tam to jest syf. Gdy jego żona leczyła przepuklinę zaszyli jej tampon i powstał dwulitrowy baniak z ropą, który usunięto dopiero tu. Podobno źle jej też tam zszyli złamaną kostkę, którą do dziś nie może ruszać. Może potwierdza się moje "pomiędzy". Mówią też o ziołach, że to syf, a muszą pić. Cukrzyk stwierdza, że z to z picia ziół księdza ma te bąble.

Pacjenci obok mówią, żebym się ubrał, bo nie zamykają okna. Mówię, że spoko, że zawsze tak śpię. - Będzie Panu zimno - oznajmiają. - I tak się spocę - myślę. Spociłem się. A do snu założyłem tylko firmową, czerwoną koszulkę.

Powoli się ściemnia, czuję niedowład jak przedtem. Łóżko uwiera mnie w plecy, a jedyne czym poruszam to palce u nóg. Zupełnie jak przed operacją. Wybieram spod siebie zmięty kitel, upaćkany w surowicy. Pod nim wyczuwam wielką pieluchę z gazy i plastrów. Nie pamiętam jak mi to zakładali, a raczej - nie czułem tego. Po jakimś czasie umiem lekko zgiąć lewe kolano, co z niezmiernym wysiłkiem pomaga mi przewrócić się na prawy bok. Ostatnia część ciała, która wraca do życia z niedowładu to wojownik. Ulga. Przysypiam. Jeszcze trochę rozmów przed snem, po czym odpływam. Coraz sprawniej machając nogami. Salowa przychodzi po raz ostatni dziś, niesie kompanom kaczki. Ja jeszcze nie mam ochoty. Nie jem już 1,5 dnia, nie będę też połowę następnego. Trochę popijam. Tamta woda z dziubkiem.

Od czasu przyjazdu prześladuje mnie dźwięk odbijanych piłeczek ping-pongowych, przerywany z rzadka okrzykami. Gdzieś na korytarzu. Kto tyle gra? Może sprawdzę jutro.

Pomiędzy

Zastanawiałem się, czy lekarze nie są bardziej troskliwi dla młodych. Nie umiem się jednoznacznie określić, choć w moim mniemaniu wiele za tym przemawia. Młodych łatwiej wyleczyć, mniej zrzędzą, zrobią więcej dobrego dla kraju. Będą pracować na czyjeś emerytury, więcej podatków pewnie wycisną. A i w razie niepowodzenia, ale nie śmierci - będą bardziej skłonni się burzyć, pozywać. Pewnie tak.

Cukrzyk mówi o dwóch wenflonach. Któryś jest zamknięty. Jeden jest niebieski, a drugi zielony. Mój jest zielony. Nadal.

Zapominam o mafii, o serwisach społecznościowych. Pieprzyć to dziś. Tu jest treściwiej.

Dzień 4

Wcześnie wyspany

Jest koło 6 rano, po przebudzeniu zaczynam odzyskiwać moc. Pierwsze próby zmiany pozycji na siedzącą. Kilka salowych, wymiana worków, narzekania na syf pacjentów (nie było go, wynikał jedynie z braku miejsca na wszystko). Jedna każe mi usunąć rzeczy z parapetu za mną przed obchodem. Budowlaniec podstawia krzesło i tam to daję. Zastanawiam się czy jestem w stanie wyjść do kibla. Wysikać by się trzeba. Udaje się. Niedługo obchód, później stwierdzę, że popełniłem błąd taktyczny. Pacjent najbliżej drzwi od rana paraduje po oddziale, to jego dzień wypisu. Mój też, ale ja sobie wypoczywam w łóżku. Na salę wchodzi mamroczący lekarz + z 8 innych pracowników. Tamci się rozglądają gdzie się da, ten pyta co i jak. Podnoszę oba kciuki w górę, dając sygnał, że jest dobrze. Mówi, że dziś albo jutro wyjdę zatem. Może jednak powinienem być wtedy na nogach. Włączam telefon, dochodzi wszystko to co zaległe.

Po chwili lekarze gdzieś się rozmywają, większości z nich już dziś nie spotkam. Przychodzi siostra po raz pierwszy, mówi mi, że w reklamówce mam też krótkie gacie. Zakładam i wybieramy się na spacer. Pojawiają się pierwsze gazy, ale chcę się rozglądnąć, poznać to i owo. Zakładam czarne Kuboty.

Po wyjściu w oczy od razu rzuca się stół do pingla, są i rakietki. Plus parę piłek na parapecie, przy oknie z widokiem na ciasny ajnfart. Na oknie po skosie grzeje się kot, nie ma śladu po wczorajszych burzowych chmurach. Słońce wygoniło z nieba wszystkie chmury.

Byłem dostawką, sala w której leżeliśmy wychodziła poza "obręb" oddziału i znajdowała się już u "nerwicowców", o których żartowała dzień wcześniej ratowniczka. Nie wyglądali. Sami faceci, poubierani w dresy, rozmawiający na korytarzu, oglądający w salce z sofą TV. Później nieśli tam krzesła, może jakaś terapia grupowa. Jedna sala z szybą. Zamiast typowego wystroju za wyściółkę robi rząd materacy, ściśle przylegających do siebie. Na podłodze, na nich koce, przy ścianach poduszki. Taka jakby leżakownia. Od chirurgii oddział oddzielają szklane drzwi, ta cześć jest jakby mniej doświetlona, trochę bardziej ponura. Zauważam kilka innych drzwi, jedne prowadzą na półpiętro. Później zauważyłem, że nerwicowcy chodzą tam jarać. Miałem bliżej, więc też chciałem, ale zostałem przegoniony przez salową. Na parapecie puszka po słonych orzeszkach, w niej kiepy. Okno otwarte na oścież.

Rezurekcja

Ten dzień, najbliższy dzisiejszemu, pamiętam najsłabiej. Może to uczucie, że już blisko wyjścia. Dzień składa się głównie z czekania. Czekałem na zmianę opatrunku. - Goi się ładnie - powiedziała lekarka. Czekałem na wypis, ale przez długi czas na oddziale były jedynie pielęgniarki. Zwiedzam pozostałe piętra. Wychodzę na wspomniany dziedziniec, by sobie zapalić. I tak kilka razy. Po drugiej stronie za zaułkiem i za płotem - modernistyczny budynek zajęty przez policję. Po drugiej stronie ulicy - wyremontowana willa, dziś siedziba znanego biura architektonicznego. Dobrze to widać też z korytarza. Na tarasie czasem ktoś staje, rozmawia przez telefon. Ktoś inny spogląda na nasze. Siostra wraca do domu, mówię jej, że będę potrzebował paru rzeczy do wypisu.

Na korytarzu kolejna miła laska. Żartujemy, pyta, czy na pewno chcę dziś wyjść, śmiejąc się. Spotkam ją wychodząc z oddziału i żegnając się. Wtedy powiem: - Na razie. A ona się zaśmieje. Są jeszcze trzy inne stażystki, zawsze chodzą razem i ciągną dziwny wózek. Dwie ładne. Jedna stwierdza, że się tu "uwstecznia". W.S.T.E.C.Z.N.Y. coś powinien o tym wiedzieć.

Godziny się strasznie dłużą, a nie chce mi się marnować czasu w pokoju. Spaceruję, odwiedzam bufet. Wciąż nie jem. Kupuję dużego Tigera, wcześniej kawę z ekspresu. Proponowali mi śniadanie, ale nie chciałem. A Pani trzymała je zapraszająco w już wyciągniętej i wyprostowanej ręce (chleb z jakąś wędliną). odpowiedziałem, że wolę się na razie nie napychać. Trochę bałem się pierwszego razu na tronie. To się stało ciut później, po czym znów musiałem zmienić opatrunek. Byłem zmęczony głodem, ale chciałem już wyjść. Czułem się bardziej jak po epickim melanżu niż trudnej operacji. Gdyby nie ta jedna, obolała część ciała. Pojawiła się myśl, żeby podziękować wszystkim, ale lekarzy nadal nie ma, a i rotacja panuje tu duża. Zmęczony czekaniem wracam do pokoju.

Nie jesteś sam

Tu każdy ma jakąś historię. Dla cukrzyka wypadł czas dializ, więc łóżko stało puste. To przy drzwiach zwolnił budowlaniec. Moje wkrótce wywieziono, w czym, już ku własnej satysfakcji z braku nieporadności, pomogłem. Ciuchy zostawiłem na krześle, na drugim siadłem. Obok Pan Józek, chorujący chyba na dmę moczanową. Spuchnięty palec u stopy, poprzekłuwany. Salowa podsunęła mu miskę z wodą zabarwioną na granat, w niej stopę moczył. Bolało go strasznie, opowiadał, że nie wie skąd się to wzięło. Że to genetyczne, a że ma ponoć magnackie korzenie, to dostał najgorszy z możliwych spadków. - Ani jednego pałacu - żartował.

Pogadaliśmy o tym i owym, wrzuciłem mu monetę do pudełka pod telewizorem. Po jakimś czasie znów wyszedłem, a oddziałowa kazała mi przygotować papiery do L4 i wypisu. Po powrocie cukrzyka ściskam jego dłoń. Mam pewne opory, z powodu tych krost. Wydaje mi się, że to zauważa, ale z jego oblicza bije jakiś taki lekko wyjałowiony rodzaj życzliwości. Skoro nie ma już mego łóżka i jest miejsce, wpada na koncept by wstawić do sali stół, z którego wcześniej wspólnie korzystali. Ma również wizytatorkę - może żona. Razem z nimi szukamy stołu na oddziale, ale gdzieś się zapodział.

Godziny mijały, część z tych niezbędnych danych przyniosła po raz kolejny siostra. Połaziliśmy trochę, trochę przesiedzieliśmy przy drzwiach z elektroniką. Było już coś koło 15.00 i pomimo ogromnej wdzięczności za profesjonalizm i troskliwą opiekę wszystkich, chciałem już wyjść. Odetchnąć pełną piersią, rozłożyć ręce. Zaczerpnąć słońca zmrużonymi ślepiami, zaciągnąć się fajkiem w sposób, w jaki tu nie do końca mogłem. W sposób, który ja nazywam "oddychaniem wolnością" z wszystkimi jej za i przeciw.

Jeszcze tu wrócisz

W dyżurce analizowano moje papiery, usłyszałem zza ściany dziennikarz. Tak było na wizytówce z NIP-em zakładu pracy. Dyżurna przepraszała, że tyle to trwa. Uśmiechnąłem się, dając do zrozumienia, że wiem, co oznacza słowo pacjent. Po kolejnej godzinie byłem już na wolności. Czy wolności? No może poza obrębem szpitala. Przy samym wypisie usłyszałem troskliwe pytanie "czy nie chcę zostać czasem jeszcze jeden dzień?" Podziękowałem, mówiąc, że co prawda nadal nie wiem jak smakuje tutejsza zupa, ale jednak nie. - Nie ma co zajmować miejsca obłożnie chorym - naturalna wtedy myśl.

Szło się dobrze, żartowałem. Siostrę najwyraźniej cieszyła ta żywotność. Teraz żmudna rekonwalescencja, częste zmiany opatrunków nasączanych Rywanolem. Antybiotyki trzy razy dziennie, ciągłe mycie. I tak aż do kontroli. Plus dieta antysupertwardostolcowa. W moim ulubionym parku, przez który wracaliśmy, przepięknie. Zielona trawa, lazur nieba, odgłosy ptaków. Ani śladów po ostatnich podtopieniach. Trzeba będzie wrócić podziękować Jacobowi i innym. W tych czasach to naprawdę coś. Musiałbym znów pić do mikroblogów, do internetowego szamba w ogóle. Do tych hektolitrów żółci, nienawiści, gnojenia za nic. Do miejsc, gdzie zwykłe podanie ręki i pytanie "pomóc Ci?" nie funkcjonuje. Wiem, tamtym za to płacili. Mi nie płacili za bycie miłym, ale było warto.

Internet lubi dywagować co urywa, bądź też nie urywa dupy i za wszelką cenę stara się dowieść, że ekspercki subiektywizm jest dziś megaobiektywizemem oświeconym. Moją dupę na pewno urwało, przynajmniej częściowo i chwilowo. Teraz tylko pozostaje mi ją chronić. Pamiętam, jak matka "kopała" mnie w nią życząc powodzenia przed egzaminami czy maturą. Na wszelki wypadek przez jakiś czas będę poruszał się wzdłuż ścian. W miarę możliwości.


zgłoś nadużycie
Komentarze
Eliza AGAN, Chicago Eliza AGAN, Chicago
KRĘGOSŁUP. Ćwiczenia eliminujące BÓL. Dodane

BH.46.
MOTTO: KAŻDY z nas, jeśli boli go; KRĘGOSŁUP, to myśli zaraz o lekach tzw. przeciwbólowych.

Nic bardziej mylnego. Należy zwyczajnie ćwiczyć mięśnie utrzymujące kręgosłup w prawidłowym pionie tzw. __MIĘŚNIE OKOŁO KRĘGOSŁUPOWE, a problem oddalamy. ĆWICZENIA, takie jeśli wykonujemy 15-20 minut, we własnym łóżku, 1 x w tygodniu, to wyniki tych ćwiczeń nas zaskakują, ponieważ mamy lepszą kondycję i większą ogólną sprawność całego organizmu, ____: DUŻO większą. Eliminujemy też; ZAPARCIA jednocześnie uzyskując NA STAŁE tzw. klasyczny PŁASKI BRZUCH.

Należy tylko przeczytać i zrealizować samemu opisy, pod zdjęciami ćwiczącego modela. Rozdział Nr 33 w książce;
_pt_______: PORADNIK ŻYWIENIOWY człowieka w XXI wieku.

Dobrze jest też w trakcie ćwiczeń obciążyć się obciążnikami, lecz tylko takimi o ciężarze 500 gram. Mężczyznom poprawią się torsy, a dziewczynom talie. A więc do ćwiczeń, wesoło marsz !!

Tabele produktów wg tzw. __INDEKSU ŻYWIENIOWEGO; pomogą nam we właściwej ocenie, przy realnym doborze pokarmów dla nas biologicznie prawidłowych. Tabele te, opracowali naukowcy z instytutu o nazwie; INSTYTUT naukowo-badawczy im. Prof. Ryszard Lorenca w Krakowie.

P. S. __Chleb typu KR-IRL, stanowi aktualnie o silnym; UKŁADZIE immunologicznym, organizmu człowieka.
Dostarcza ogrom energii, eliminującej; GŁÓD, dlatego iż, GLUKOZA naturalna w nim zawarta, stabilizuje POZIOM CUKRU we krwi, na ok. 4-5 godzin !!, tzw. __NISKIE węglowodany, tj. do 26% wzrostu.
Złe to, WYSOKIE węglowodany. Podnoszą poziom cukru po spożyciu ZBYT wysoko; CUKRZYCA typu 2.
To kłopot, że nie kupisz tego chleba, nikt go nie piecze, nikt na nim nie zarabia, ale samemu upiec WARTO !!

Zobacz też; GLUKOZA naturalna, wg: IRL KRAKÓW.
__Książka; _pt._______: PORADNIK ŻYWIENIOWY człowieka w XXI wieku.
Wydanie drugie: zaktualizowane i uzupełnione.
__Skrót adresu strony w Internecie_______: MAGDALIRL
__ADRES_______: http://www.magdalirl.com.pl/

Dodaj swój komentarz:

Witold Stech

Witold Stech

X Miejsce w rankingu

:) Namiary: GG: 543826 http://www.facebook.com/editaccount.php?networks#!/profile.php?id=1780587254 Pozdrawiam serdecznie

543826